Znajda

Autor: Karolina Talar Dodano: 2019-10-31 17:08:00 Zdjęcia zamieszczone w artykule należą do: pixabay.com. Osoba ta wyraziła zgodę na ich publikację w tym artykule. Używanie ich bez uzyskania wcześniejszej zgody jest zabronione! Zobacz treść artykułu

Jesień na dobre przejęła władzę nad światem. Już dawno odleciały ostatnie klucze zawodzących smutno żurawi. Po niebie przetaczały się czarno szare, skłębione chmury, rzygające ulewnymi deszczami. Wiatr chłostał bezlitośnie drzewa. Zdzierał ostatnie liście. Zbijał je w kopy. Rozganiał. I gnał wyjąc jak potępiona dusza.

            Był głodny. Od dawna już się nie pożywiał. W szczelnie zaklejonym, oznaczonym białym krzyżem plastikowym pudle panował niesamowity wprost zaduch. Jedynym pocieszeniem było to, że muchy nie miały dostępu do cuchnących wydzielin jego ciała. Nie oszukiwał się. Ciało zaczynało zwyczajnie gnić. Futro wypadało całymi kępami. Czuł swój smród.
Pojemnik był szczelny. Duży i masywny plastikowy kontener dla zwierząt. Wpuszczony w jeszcze większe pudełko na zabawki. Pamiętał je. To w nim trzymali niezliczoną ilość maskotek i klocków małego człowieczka. Człowieczka, który miał taką piękną złotą aurę. Człowieczka, który tak szybko odszedł.  Zamyślił się. Duży czerwony pojemnik na zabawki... Oklejony wesołymi naklejkami z podobizną Myszki Miki... Teraz owinięty kartonem i metrami czarnej folii. Zaklejony taśmą…Z białym, odrażającym krzyżem na wierzchu.  A w środku ON- czarny jak kairska noc, mały Kot o złotych oczach. Ktoś nieźle się namęczył aby nigdy nie wyszedł z tego więzienia.
            Początkowo próbował się wydostać. Drapał ściany ciasnej klitki do bólu łapek. Gryzł kraty drzwi póki dziąsła nie zaczęły krwawić. W końcu zrozumiał. Nie wyjdzie. Pozostało czekać. Potrafił to robić. Był cierpliwy. Skulił się . Podwinął łapki. Zamknął złote oczy. Uspokoił oddech. Trwał.
            Czas mijał. Na jego ciele otwierały się kolejne rany. Ciasne wnętrze tchnęło zaduchem zgniłego ciała i ropy. Czekał.
            Na zewnątrz wiatr zrywał ostatnie liście, wył w koronach nagich drzew i toczył chmury po jesiennym niebie. Temperatura spadała poniżej zera. On nie czuł chłodu. Nie czuł niczego. Czekał. Nie był świadomy upływu czasu.
            Nagle coś wyrwało go ze stuporu. Czyjaś obecność. Uchylił powieki. Ropa chlusnęła na jego wychudzony pyszczek. Żółtymi, mętnymi kroplami zawisła na połamanych wibrysach. Uszy drgnęły. Tak! Ktoś był niedaleko. Wyczuwał to wszystkimi zmysłami.
Z wysiłkiem podniósł się na łapkach. Zachwiał się i upadł z powrotem w mieszaninę krwi, ropy i sierści. Westchnął i wstał ponownie. Oparł się bokiem o ściankę więzienia. Chciał krzyknąć, ale z jego dawno nie używanych i chorych strun głosowych dobiegł jedynie cichy charkot. Skrzywił pyszczek z niesmakiem. Był słaby. Bardzo słaby. Od tak dawna się nie pożywiał. Wiedział, że to jego szansa. Musiał zrobić wszystko, absolutnie wszystko aby ją wykorzystać. Zaczepił łapki o kratkę w drzwiczkach. Zaczął szarpać z całych sił. Poduszeczki krwawiły. Jeden z pazurków odpadł z cichym mlaśnięciem. Skrzywił się z niesmakiem ale nie zaprzestał drapania. Chrząkał raz po raz chcąc oczyścić gardło z cuchnącej wydzieliny. Zielone gluty spływały mu z nosa. Spróbował zamiauczeć.
Zaskrzeczał. Ale nie ustawał w wysiłkach. I wreszcie po wielu próbach udało się. Z jego piersi wyszło coś, co z dużą dozą dobrej woli można by uznać za coś w rodzaju miauknięcia.
-Ciii!- ofuknęła męża Aldona kładąc sobie palec na ustach- Słyszałeś ?
Paweł wsłuchał się w odgłosy. Nic nie słyszał. Wiatr jęczał między drzewami. Drzewa trzeszczały pod jego naporem.
-Nie…- odpowiedział niepewnie i pokręcił przecząco głową.
-Słuchaj!- poleciła mu żona podnosząc palec w górę- O! Słyszałeś? I teraz znowu!
Tak , teraz usłyszał. Jakieś … drapanie? Miauczenie?
Spojrzeli na siebie przerażeni. Gorączkowo przeczesywali otoczenie wzrokiem.
-Patrz!- krzyknęła w pewnej chwili Aldona wskazując kupę nawianych liści- To chyba stamtąd!
Porzucili koszyki pełne opieniek. Ruszyli w kierunku starego dębu, u którego podnóża, z kupy różnokolorowych liści spozierało dość duże , opatrzone białym krzyżem pudło.
Pudło , które nie było puste.
Kiedy usłyszał, że się zbliżają, zwiększył swoje wysiłki. Choć w zaropiałych , płaczących krwawo ślepkach mroczniało mu z wysiłku, nie ustawał. Drapał z zapamiętaniem kraty. Miauczał charcząco choć brakowało mu sił. Miotał się i tłukł o ścianki.
-Boże…- jęknęła Aldona opadając na kolana przy znalezisku- Pomóż mi !
Już po chwili wspólnie z mężem przy pomocy noży grzybiarzy targali opatulającą szczelnie pudło czarną folię.
Znaleźli go. Westchnął z ulgą. Przestał się szamotać. Zamilkł. Usiadł podwijając łapki pod siebie. Zamknął oczy. Czekał cierpliwie. Potrafił to robić całe wieki.
            Czuł kiedy zerwali tą okropną folię z białym krzyżem. Ulga była wprost niesamowita. Jakby wielki głas zdjęli z jego ramion. Prawie się uśmiechnął swoim poranionym pyszczkiem. Wiedział, że teraz będzie już tylko lepiej.
            Aldona pracowała bez wytchnienia.
-Co za bydlę to zrobiło?!- złościła się ocierając pot rękawem polarowej kurtki.
Zerwali już folię, warstwę taśmy, karton…
Teraz ich oczom ukazało się czerwone pudło na zabawki. Uśmiechnięta mordka Myszki Miki spoglądała na nich szyderczo.
Rozcięli warstwę taśmy. Podważyli wieko.
-No ja pierniczę!- zdenerwowała się kobieta na widok transportera w środku.
Owionął ich trudny do opisania smród. Mieszanina zapachu zgniłego mięsa i obecności dzikiego zwierzęcia.
 Śniadanie podniosło się niebezpiecznie do góry. Z trudem przełknęli ślinę.
-Jesteś pewna?- zapytał Paweł
Była pewna jak jeszcze nigdy w życiu. Spojrzała znacząco na męża.
Mężczyzna westchnął i wsunął ręce do środka. Wyjął transporter.
Smród buchnął ze zdwojoną siłą. Pociekło coś o trudno zdefiniowanej barwie.
-Boże…- jęknął pozieleniały nagle na twarzy Paweł.
Odbiegł na bok . Jego ciałem targnęły gwałtowne torsje.
Aldona skrzywiła się . Przemogła się jednak i zajrzała do środka.
            Wyczuł jej obecność. Otworzył ślepka. Ich wzrok się spotkał w pół drogi. Jej twarz promieniowała dobrem. Wiedział, że teraz wszystko się już ułoży.
            Z wahaniem wyciągnęła rękę i otworzyła drzwiczki. Nie zareagował. Leżał w kałuży wydzielin i spod zmrużonych powiek obserwował ją.
Wsunęła dłoń do środka. Dotknęła jego łebka. Futro wychodziło mu kępami. Przymknął oczy. Próbował zamruczeć. Jednak z jego piersi wyszedł jedynie cichy jęk. Z nosa pociekła kolejna porcja zielonych glutów. Zawahała się chwilę wisząc na wibrysach a potem z głośnym mlaśnięciem dołączyła do kałuży na dnie.
Aldonie zwilgotniały oczy.
-Kto ci to zrobił biedaczku?- zapytała czule.
Zdjęła kurtkę. A potem bez zastanowienia wyjęła go z kontenera. Zajrzała przelotnie w jego zaropiałe ślepka po czym zawinęła szczelnie w gruby szarobiały polar.
-Jesteś pewna?- zapytał ponownie Paweł zza jej pleców.
Nadal marszczył nos na zapach towarzyszący kociej znajdce.
Tak. Była całkowicie pewna. Do tej pory jedynie czytała o tym na różnych forach internetowych. A dziś sama znalazła potrzebująca istotkę porzuconą tak brutalnie w lesie. Wreszcie mogła ofiarować komuś choć cząstkę z tej rozpierającej ją miłości do całego świata. Skinęła potakująco głową mężowi i mocniej przytuliła do siebie zawiniątko z czarnym zabiedzonym kociakiem.
Wtulił się w nią całym ciałkiem. Wreszcie od tak długiego czasu było mu ciepło i wygodnie. Po takim czasie… ktoś mówił do niego czule. Ktoś głaskał go pomiędzy uszkami nie bacząc na wychodząca sierść ani na towarzyszący mu smród, który w krótkim czasie wyparł świeży zapach choinki zapachowej podwieszonej do lusterka.
Rozglądał się ciekawie po wnętrzu. Omiatał wzrokiem otoczenie ze znawstwem kogoś, kto wiele już widział. Węszył ciekawie. Mówiła do niego tak słodko i delikatnie. Idiotka. Odwrócił głowę i patrzył jej wprost w oczy. Wyciągnął szyję.
-Aldona!- ofuknął ją mąż- Nie wiadomo co mu jest! Nie dawaj się lizać!
Odsunęła się.
Chciało mu się warczeć. Spojrzał nienawistnie na mężczyznę . Snów skierował wzrok na kobietę. Wyciągnął się w jej stronę. Przymknął oczy. Wyczuwał jej słodki oddech. Z lubością wciągał go rozedrganymi nozdrzami. Ich oczy spotkały się. Patrzyła na niego jak zahipnotyzowana. Nie mrugała. Czuł jej aurę. Pulsowała mocno . Złota. Zbliżył pyszczek jeszcze bardziej do jej ust. Wciągnął powietrze ze świstem. Jej aura. Taka mocna, taka złota… Pyszna! Ich usta prawie się dotykały. Nie przerywał kontaktu wzrokowego. Zaklinał. Uspokajał. Mamił ją wzrokiem. I zbliżał się coraz bardziej. Powoli wciągał jej siłę. Czuł jak pulsuje . Nie broniła się.
-Aldona!- krzyknął mężczyzna
Kobieta wzdrygnęła się i przerwała kontakt wzrokowy. Odsunęła się ponownie. Spojrzała na Niego zdumiona jak obudzona z długiego snu. Warknął w sprzeciwie. Ale było już za późno. Kontakt się zerwał. Nie zdążył się porządnie pożywić. Do końca podróży mężczyzna starannie pilnował aby już się nie zbliżał do ust kobiety. Postanowił, że zaczeka na lepszą okazję. Przymknął oczy i dał się wieźć w nieznane, chłonąc życie powoli wszystkimi zmysłami .

            Weterynarz patrzył z powątpiewaniem na małżeństwo, które nieomal na sygnale przywiozło mu strasznie zabiedzonego kotka. Sądząc po rozmowie telefonicznej kot był w stanie agonalnym. Znaleziony w lesie, w szczelnie zamkniętym pudle pełnym fekaliów, ropy i krwi. Z wyrwanymi pazurkami, broczącymi krwią oczyma… Tymczasem kot miewał się całkiem dobrze. Owszem. Śmierdział wręcz niemożliwie. Jednak na jego ciele nie było żadnych ran. Sam przeliczył pazury. Były wszystkie. Długie i ostre jak brzytwy. Nie brakowało mu też zębów. Kociak był  dość żwawy i wesoło usposobiony. A jego złote ślepka patrzyły zadziornie i z przekorą.
Przystawił stetoskop do chudej piersi zwierzaka. Serce biło mocno i równo. Płuca pracowały normalnie.
-Naprawdę nie wiem jak to możliwe panie doktorze!- tłumaczył się mężczyzna- On naprawdę krwawił! Był w okropnym stanie! Proszę mi wierzyć!- nieomal się zaklinał
-Byli państwo zdenerwowani … mogliście źle zinterpretować jego wygląd…- odparł weterynarz polubownie choć w głębi duszy klął na czym świat stoi tych ludzi. Zostawił rodzinę pędząc do gabinetu ratować umierającego kota gdy tymczasem kot miewał się całkiem dobrze. A jedynym jego problemem była wypadająca sierść i zdecydowane wychudzenie.
Mordka kota powoli zbliżała się do twarzy weterynarza. Ich spojrzenia się spotkały. Pyszczek prawie dotykał ust mężczyzny.
Lekarz poczuł coś dziwnego. Oczy rozszerzyły mu się ze zdziwieniem. Miał wrażenie jakby coś uciekało mu wraz z oddechem. Czuł jak kot wciąga wraz z każdym dechem jego siłę. Czyjaś obecność przemocą wdarła się w jego myśli.
Wszystko jest w porządku …- mruczało mu gdzieś w środku.
Ale nie było w porządku. Siły opuszczały go szybko.
-Naprawdę przepraszamy- zaperzyła się Aldona przytulając czarne znalezisko- kompletnie nie wiem jak to panu wynagrodzić…
Kontakt wzrokowy zerwał się. Weterynarz wzdrygnął się z przerażeniem. Odsunął jak najdalej od kota, który obserwował go z kpiącym wyrazem pyszczka.
-Ohhh to mój obowiązek…- uśmiechnął się weterynarz chociaż w myślach posyłał ich wszystkich do diabła.
Kot jakby wyczuwając jego myśli spojrzał mu w oczy a jego mordka podejrzanie podobnie wykrzywiła się w coś na kształt uśmiechu.
Doktorowi ciarki przeszły po plecach na ten widok. Oblicze tego kota, przez chwilę krótką jak mgnienie oka, przypominało wykrzywiony w grymasie pysk maszkarona. Wzdrygnął się widocznie.
Kot zmrużył złote ślepka. Oblizał pyszczek.
Weterynarz postanowił jak najszybciej pozbyć się dziwnego pacjenta. Szybko przygotował porcję witamin, karmę, żwirek i kuwetę.
-Ile płacimy?- zapytała Aldona- I czy można kartą? Bo nie mamy gotówki.
Nie, nie można było kartą.
-To może spisze nas pan z dowodu- zaproponował Paweł- i jutro podjedziemy oddać?
Tylko nie to!- jęknął weterynarz w duchu. Nie chciał mieć już nic wspólnego z tym dziwnym kotem , który z każdą chwilą wyglądał lepiej niż po przyjściu do gabinetu. Do tego ta jego dziwna morda…
-To gratis!- zdecydował w jednej chwili- Wyprawka dla tego kawalera!- uśmiechnął się nieszczerze.
Kot odpowiedział mu tym samym szczerząc ostry jak igły garnitur zębów. Patrząc mu w oczy oblizał jeszcze pysk i przymykając oczy z kocim uśmiechem obserwował nerwowe wyłamywanie palców doktora.
Z prawdziwą ulgą lekarz pożegnał w końcu niezapowiedzianego pacjenta. I modlił się aby nigdy więcej już go nie odwiedzał. Patrząc jak czarny kot wtula się w ramiona tej kobiety czuł irracjonalny strach. Coś , zakorzenione głęboko w gadziej części jego mózgu mówiło mu- trzymaj się od niego z daleka. Jest niebezpieczny! Chciał ostrzec tych ludzi. Wiedział jednak, jak głupio to zabrzmi. Co miał im niby powiedzieć? Przepraszam państwa ale to nie jest kot? Wyśmieją go przecież. Patrzył więc bezczynnie jak cała trójka odjeżdża starym passatem . Z prawdziwą ulgą wrócił do domu do rodziny. I szybko zapomniał o całym zdarzeniu. Jedynie nocami prześladował go w snach obraz złotych kocich oczu, przez który budził się z urywanym oddechem i oblany zimnym lepkim potem.

            Kot wyglądał coraz to lepiej. Od pamiętnej wizyty u weterynarza minął prawie miesiąc. Czarne futro zrobiło się gęste i lśniące. Boki wyraźnie zaokrągliły się. Po obrzydliwym zapachu gnijącego trupa nie został nawet ślad. Nikt kto widział tego kota w momencie znalezienia nie uwierzyłby, że to ten sam zwierzak. Koks- bo tak dostał na imię, nie odstępował Aldony nawet na krok.  Wywiązała się między nimi dziwna więź. I Paweł mógłby przysiąc , że jest w tym coś nie z tego świata. Kiedy Koks wspinał się jej na kolana, przyciskał całym ciałem do rosnącego ciążowego brzucha… Kiedy wyciągał szyję i patrząc jej w oczy dotykał pyszczkiem jej ust… Paweł dałby sobie głowę uciąć, że nie raz i nie dwa widział coś jakby złocistą chmurę przepływającą pomiędzy żoną a kotem. Jakby ten sierściuch … żywił się jej oddechem.
I oczy Aldony… tak wtedy nieobecne… dziwne… obce…
Wielokrotnie próbował poruszać ten temat w rozmowach z żoną, Ale za każdym razem kwitowała to śmiechem.
-Zazdrosny jesteś!- mówiła zanosząc się rechotem.
Czy był zazdrosny? Pewnie tak. Ale w stosunku do tego dziwnego kota od samego początku czuł coś trudnego do opisania. Choć sam się przed sobą nie chciał do tego przyznać Paweł czuł strach. Odwieczny strach ofiary wobec drapieżnika. Nigdy nie chciał zostawać ze zwierzakiem sam na sam. A kiedy był zmuszany przez okoliczności, starał się jak najbardziej odseparować od kota. Zazwyczaj zamykał się w pokoju i nie wychodził póki nie wracała żona. Niejednokrotnie słyszał jak Kot węszy pod drzwiami. Jak niecierpliwie skrobie łapami w okolicach klamki. I modlił się wtedy, aby zamek wytrzymał. Wiedział, że Kot jest świadomy jego strachu. Kilka razy przyłapał nawet na jego tajemniczej czarnej mordce zagadkowy uśmiech. Bał się tego sierściucha. Chciał go oddać. Żona jednak wyraziła stanowczy sprzeciw. Zdołał ją tylko ubłagać aby Kot nie spał z nimi w sypialni. Czuł się jakoś spokojniejszy kiedy zostawiali tego diabła za drzwiami. Nie mógłby zasnąć mając go tak blisko. Zmiana ta wyszła na dobre także Aldonie. Wstawała radośniejsza, mniej zmęczona… Spod jej oczu zniknęły cienie. Ciąża rozwijała się dobrze.

Kot nie był zadowolony. Niechęć do Pawła biła ciemną aurą z całej jego mizernej postaci. I na nic zdawały się zabiegi Aldony w celu pogodzenia tej dwójki. Wzajemna nienawiść wisiała między nimi czarną chmurą.

            Sytuacja zmieniła się po rozwiązaniu. Koks był rozdrażniony. Aldona miała mało czasu. Często chodziła zniecierpliwiona. Nie pozwalała mu przesiadywać tyle czasu co zwykle na kolanach. Nie pozwalała zbliżać się do swoich ust. Kot był początkowo lekko poirytowany. Z czasem jednak złość zaczęła przejawiać się w najmniej spodziewanych momentach. Nie wiadomo było kiedy trafi się na jego dobry humor. Chodził po domu powarkując groźnie . Łypał wrednie złotymi ślepiami. Syczał jak żmija bez powodu. Czasem całymi dniami siedział na parapecie i wpatrywał się w bębniący o szybę jesienny deszcz. Nie reagując na toczące się wokoło niego życie. Głód szarpał mu trzewia. Futro zaczęło wypadać. Oczy zaropiały i pokazały się trzecie powieki. Choć jadł dobrze i często, niedobory powiększały się z każdym dniem. Nie pamiętał już kiedy ostatni raz pożywił się do syta. Aldona wciąż go odpychała. Jej aura lśniła złotem. Pulsowała. Mamiła. I była bardziej nieosiągalna niż słońce i księżyc.
Wiedział czyja to była wina. Tej małej istoty którą urodziła JEGO Aldona. Oprócz tej krótkiej chwili kiedy przyjechali ze szpitala Kot ani razu nie widział ludzkiego pomiotu.
Paweł starannie dbał o to, by kocur nie miał dostępu do dziecka. Człowiek czuł instynktownie, że dziecko nie jest bezpieczne w tym futrzastym towarzystwie. I miał rację.
Kot wiedział kto jest winny jego marnej kondycji i ostracyzmu jaki go obecnie spotykał ze strony Aldony. I Kot postanowił pozbyć się problemu raz na zawsze.
            Początkowo udając nieśmiałość zaczął kręcić się wokoło nóg kobiety ilekroć ta brała niemowlę w ramiona aby je nakarmić. Patrzył z ukrywanym obrzydzeniem jak mała istotka czepia się oślinionymi ustami nabrzmiałej mlekiem piersi kobiety. Jego kobiety... Jak ssie łapczywie pokarm... Węszył wtedy chciwie jej aurę. Aldona jednak nie pozwalała mu się wtedy zbliżać. Klął w myślach. Ocierał się więc o jej łydki i mruczał głośno i uspokajająco. Starał się być miły i uważny. Delikatnie wąchał stópki niemowlęcia. Ocierał się o nie łebkiem. Pokonujac obrzydzenie wciskał głowę pod małą rączkę.  Kątem oka łowił uśmiech Aldony. Uważał jednak aby te chwile intymności nie zdarzały się w czasie obecności w domu Pawła. Ten bowiem zawsze przerywał je brutalnie ucapiwszy za kark i wyrzucając Kota z pokoju dziecięcego. Nienawidził człowieka z kazdym dniem bardziej.
            Stopniowo , dzień po dniu zdobywał zaufanie Aldony. Nic mu nie grozi- mówił jego wibrujący mruk . Przymykał uspokajająco ślepia. Dzielnie asystował podczas przewijania pieluchy, nie marszcząc nawet nosa na smród dziecięcych wydalin. Choć w środku wszystko mu się gotowało w oczekiwaniu, na zewnątrz pozostawał spokojny i cichy. Ze stoickim spokojem znosił zaciskanie się małej dziecięcej dłoni na swoim uchu. Tak bardzo chciałby skręcić kark tej istocie... Wszystko w środku wibrowało mu niecierpliwością. Był głodny. Energia przejmowana podczas kontaktu fizycznego nie wystarczała. Musiał zdobyć oddech.
            I wreszcie, po wielu dniach dostąpił tego zaszczytu. Aldona zostawiła go samego z dzieckiem. wyszła z pokoju na dźwięk telefonu. Zostali sam na sam.
Chwilę siedział jeszcze na przewijaku delektując się chwilą tryumfu. A potem z gracją pantery wskoczył do łóżeczka. Spojrzał z obrzydzeniem na ludzki pomiot. Wciągnął zapach aury. Czystej, nieskalanej o cienkiej i ubogiej warstwie. Szybko pójdzie... Uśmiechnął się kątem pyszczka. Błysnął biały kieł. Uchylił mordkę i posmakował powietrze.  Obejrzał się na uchylone do pokoju drzwi. Byli sami. To był jego czas.
Powoli podszedł bliżej pomiotu. Spojrzał w oczy tej małej istoty. Przestała stękać. Patrzyła na niego. Zbliżył się jeszcze bardziej. Z miną zdobywcy patrzył na jej twarzyczkę z góry. Powoli wszedł na jej pierś. Jęknęła z wysiłku a buzia zaczerwieniła się. Ułożył się wygodniej. Z obrzydzeniem zbliżył pyszczek do zaślinionego otworu gębowego ludzkiego pomiotu. Wciągnął haust aury. Zakręciło mu się w głowie. Przymknął złote ślepia.
Ostrożnie!- upomniał się w myślach.
Po tak długim poście trzeba uważać z pożywianiem się. Zmrużył oczy. Powoli sączył życie z każdym oddechem tej małej i nieporadnej istotki. Boki powoli wypełniały mu się mocą. Futro nabierało barwy i połysku…
Jej płuca rzęziły cicho. Serce nie nadążało waląc głucho w wątłej piersi. Szamotało się jak ptak pod jego sprężystym czarnym jak smoła ciałem.
Kot pożywiał się bez pośpiechu. Jego istota uspokajała jestestwo ofiary:
-Nie płacz… nie płacz… wszystko dobrze…- mruczał uspokajająco.
Dziecko zatchnęło się po raz pierwszy. Chciało wciągnąć powietrze. Nie mogło. Twarzyczka posiniała.
Kot uśmiechnął się.
Jeszcze tylko troszkę…
I wtedy coś z rykiem nienawiści ucapiło go za kark. Silna dłoń uniosła go do góry i odrzuciła z daleka. Uderzył w ścianę z jękiem. Poderwał się na łapy. Zasyczał i ruszył w stronę tulącego do piersi kwilące niemowlę Pawła. Rzucił się w przód całym ciężarem ciała. To była jego zdobycz! Jak on smiał ?!  Wystawił pazury. Wbił się w nogę mężczyzny szarpiąc i gryząc ile sił. Dziki wrzask wydobył się z jego kociej mordki.
Do pokoju wpadła Aldona. Zbladła. Paweł kopniakiem odrzucił Kota, który ledwo dotknąwszy podłogi od razu rzucił się do ponownego ataku.
-Chroń ją!- polecił żonie i podał jej dziecko.
Odwrócił się w stronę wściekłego i rozszalałego kota.
-Zabiję cię.- powiedział spokojnie i ruszył do przodu.
Kopniaki spadały na kocie ciało. Ilekroć Kot próbował się podnieść kolejny cios powalał go na ziemię. Człowiek nie dawał mu żadnych szans.  W normalnych warunkach dałby sobie radę z człowiekiem. Ale to nie były normalne warunki. Od dawna się nie pożywiał. A ta mała ilość aury ludzkiego pomiotu pozwoliła jedynie na poprawę kondycji i wyglądu. Nie wystarczyła do obrony czy skutecznego ataku.  W dodatku zatrzymano go zanim przejął ostatnie tchnienie…Ciosy spadały raz po raz. Czuł ból. W uszach brzmiał mu trzask łamanych kości. Nie miał siły. Padł bez czucia.
Jak przez mgłę słyszał jeszcze krzyk i płacz Aldony:
-Paweł przestań! Co robisz?! Przestań!
Odpłynął.
            Ocknął się w ciemnym i ciasnym miejscu. Wciągnął powietrze zakrwawionym nosem. Pachniało kartonem i krwią. Jego krwią. Z każdym oddechem czuł ból wbijających się w trzewia połamanych żeber. Słyszał jakieś hałasy. Pudło co chwilę podrygiwało. Zastygł na chwilę w bezruchu badając zmysłami otoczenie. Zwykłe pudło... Bez zabezpieczeń w postaci amuletów z ich smiesznym małym ukrzyżowanym Jezuskiem... Totalna amatorka.  Zagryzł zęby. Zaczął drapać karton. Drapał i gryzł na zmianę. Już po chwili mógł odetchnąć świeżym powietrzem. Wyjrzał ocalałym okiem przez dziurę. Był w samochodzie. Za kierownicą siedział Paweł. Gdzieś jechali. Domyślał się gdzie.
            Zdwoił wysiłki w celu powiększenia dziury. Oszalały z bólu rwał z całej siły twardy karton. Stopniowo powiększał otwór. Wreszcie wyszedł na zewnątrz. Skupiony na prowadzeniu Paweł niczego nie zauważył. Kretyn.
            Kot zebrał resztę ocalałych sił. Sprężył mięśnie. I skoczył. Jego pazury wbiły się w kark kierowcy. Szarpnął  rozrywając tętnicę. Krew trysnęła szerokim strumieniem.
Mężczyzna krzyknął zdziwiony. W odruchu chwycił się za szyję puszczając kierownicę. Samochód wypadł z drogi. Przez mgnienie oka w źrenicach umierającego człowieka powiększało się pędzące wprost na nich przydrożne drzewo.

            Siła uderzenia oderwała Kota od ofiary. Uderzył w szybę. Impet pozbawił go tchu. wypchnął ze świstem resztę powietrza z jego pokaleczonych płuc.  Przebił się przez szkło jak pocisk i wypadł na maskę. Oddychał z trudem. Ból szarpał całym jego małym ciałem. Nie było kości, która byłaby cała. Krew lała się z uszu, oczu i pyska. Charcząc podniósł się. Zaczął się czołgać w stronę wnętrza kabiny. Centymetr po centymetrze. To była jego jedyna szansa. Wpełzł do środka. Stoczył się na kolana człowieka.
            Paweł z całej siły przyciskał dłonie do rozerwanej szyi. Jasna krew pieniła mu się między palcami. Czuł, że nadchodzi śmierć. Zaciśnięte pasy bezpieczeństwa unieruchamiały go całkowicie. Gniotły obitą pierś. Zabierały oddech.
Jedną ręką mężczyzna chciał strącić z siebie ciało kociego demona. Kocia mordka otworzyła się szeroko. Szeroko… Najeżona ostrymi jak bagnety zębami. Oczy błysnęły złotem. A potem Kot zatopił zęby w dłoni mężczyzny. Tak wiele zębów...
            Paweł krzyknął . Ból był porażający. Wszystkie nerwy krzyczały. Przerażenie ścisnęło serce człowieka. Oczy ofiary i drapieżnika spotkały się na chwilę. A potem wszystko zniknęło w czerwieni bólu i przerażenia. Kot zaciskał szczęki na dłoni. Mieżdżył kości. Rozrywał ścięgna. Wczepiał się mocno chcąc się przegryźć do samej istoty życia.
            Kot wyciągał życie przez ranę szybko . Niemal zachłystywał się energią życiową Pawła. Czerpał pełnym pyskiem. Czuł jak z każdym łykiem pożywnej esencji zrastają się kolejne kości w jego ciele. Uszy przestały krwawić. Wciągnął powietrze oczyszczonym z juchy nosem. Mięśnie odzyskiwały sprawność. Stawy wskakiwały na swoje miejsce. Futro lśniło jak dawniej.
Połykał życie człowieka. Karmił się nim. Pożywiał. Każdy łyk życiodajnej esencji zwiększał sprawność . świat wokoło przestał się kołysać. W uszach przestało łomotać . Wszystko wracało do normy.
            Z rozerwanej tętnicy szyjnej męzczyzny przestała wypływać krew. Serce już prawie nie biło. Zamierało choć w żyłach zostało jeszcze sporo krwi.
Kot spojrzał głęboko w zasnute mgłą oczy mężczyzny.
I z kpiną w złotych oczach z lubością przełknął ostatnią iskrę życia.
Paweł znieruchomiał. Serce ostatni raz zatrzepotało mu w piersi jak ptak a potem zastygło w śmiertelnym bezruchu.
Kot oderwał pyszczek od dłoni mężczyzny. Otrząsnął się jak po koszmarnym śnie.
Oblizał się. Podniósł ostrożnie. Chrupnęły cicho kości jak po długim bezruchu. Przeciągnął się z lubością. Jego ciało odzyskało sprężystość i siłę. Czuł pulsującą w środku czystą energię. Wypełniała wszystkie komórki jego odwiecznego ciała. Odwrócił się w stronę martwego człowieka. Rozwarte przerażeniem i zastygłe w śmierci jasno niebieskie oczy wpatrywały się pusto w wyblakły sufit samochodu. Z otwartych ust sączyła się strużka śliny. Jakby nieświadoma tego, że nie wypada. Kot otarł o gors koszuli zabrudzone łapki. Przeciągnął się. Odwrócił w stronę kierownicy. Z kpiarskim uśmiechem trzepnął od niechcenia w oplątany wokoło lusterka drewniany różaniec. Krzyżyk z maleńkim Jezusem zabujał się na boki. Kot parsknął śmiechem. Te ludzkie amulety...
-Nic mi nie możesz zrobić...- wyszeptał w dawno zapomnianym języku  w stronę krzyżyka.
 A potem z gracją wyskoczył na maskę przez wybitą szybę.
Ostatni raz spojrzał z politowaniem na martwego człowieka. Następnie odwrócił się i zeskoczywszy z samochodu wyszedł na jezdnię.
Potruchtał poboczem w drogę powrotną.
Wszak Aldona musi wziąć odpowiedzialność za to co oswoiła.

Najnowsze aktualności

ABC przetrwania z kotem - Jak wytresować kota? część czwarta

Autor: Alicya Oss

Co mają ze sobą wspólnego kociarze i bohaterowie horrorów? Totalny brak instynktu samozachowawczego. Wyobraźmy sobie bowiem taką sytuację…

Czytaj dalej

Można czytać i pomagać, czyli o mruczeniu do wewnątrz - "Koty z Grochowa"

Autor: Alicya Oss

Nie mam wątpliwości, że znajdzie się tutaj sporo osób, którym nie jest obojętny los bezdomnych i chorych zwierząt. Chciałabym więc zwr&oa…

Czytaj dalej

Znajda

Autor: Karolina Talar

Jesień na dobre przejęła władzę nad światem. Już dawno odleciały ostatnie klucze zawodzących smutno żurawi. Po niebie przetaczały się czarno szare, skłębione chmury,…

Czytaj dalej

Słyszeliście o Iwanie? - "Iwan Konwicki z domu Iwaszkiewicz"

Autor: Alicya Oss

Tadeusza Konwickiego nie trzeba nikomu przedstawiać. Był uznanym reżyserem m.in. Ostatniego dnia lata, Salta, Doliny Issy, Lawy, Jak dalek…

Czytaj dalej